Nie mogę spać, po nocach śni mi się Mateczka Malkin. Jestem przestraszona, czuję jakby była gdzieś obok, prowadziła nas, specjalnie, jakby chciała abyśmy dotarli jak najszybciej. Wstałam gwałtownie, prostując się. Usiadłam na śpiworze z szeroko otwartymi oczami. Byłam gorąca, a na moim czole widniały krople potu. Znowu ona, znowu ten sam sen. Stoi i wskazuje mi drogę. Przestraszyłam się na samą myśl o niej i poszłam do Toma, który stał na warcie. - Zmienić Cię? - zapytałam Toma. - Nie trzeba, Luna i Alice już śpią? - usłyszałam w odpowiedzi. Nie móc nic powiedzieć z nerwów kiwnęłam tylko głową. - Czym się denerwujesz? - spytał mieszając patykiem w ognisku. - Oh, nie nic - skłamałam. Jestem pewna, że mi nie uwierzył. Cała dygotałam ze strachu i stresu, błękitne oczy miałam puste, a źrenice szerokie, jakby zamarły widząc Meduzę przed sobą. Z tego co mówił później Tom, byłam "blada jak ściana". - Proszę Cię, idź spać, ja tu zostanę! - nalegałam, ale to nic nie pomogło. Uczeń stracharza był strasznie uparty, nie ufał mi na tyle, aby zostawić mnie na straży, zwłaszcza w takim stanie. - Dzisiaj jest moja warta, Sleepwalker, nie możesz mi jej odbierać - wyjaśniał z udawanym oburzeniem. - O czym rozmawiacie? - wesoło zapytała nagle Luna, która wyłoniła się z namiotu. - Nie nic, już idę spać - powiedziałam ostatnim tchem do przyjaciół i skierowałam się w stronę swojego i Luny namiotu. - Co z nią? - zapytała swoim rozmarzonym tonem Toma, kiedy już wchodziłam do schronienia. Więcej nie słyszałam. To znaczy słyszałam, ale nie potrafiłam wyciągnąć z tego żadnych logicznych słów, tylko niezrozumiałe szmery. Zapaliłam świeczkę, ułożyłam się wygodnie w śpiworze. "Dam radę. Nie pozwolę Ci, Malkin" - pomyślałam. Zasnęłam. Chwilę później znów pojawiła się ta sama czarownica, co zwykle. Wskazała ręką drogę naszej wędrówki. I wtedy zrozumiałam. Ona chce, żebyśmy tam szli! Ona chce abyśmy szli na zachód. Ale dlaczego. Spróbowałam sobie coś przypownieć i... TAK! Mama kiedyś mi mówiła, że tam wiedźmy mają najwięcej swoich pobratymców. Oczywiście! Mateczka Malkin musi mieć swoich, skoro praktykuje magię krwi. Ale czemu nie mogą one iść za nami na wschód? Pomyślałam raz jeszcze. Droga wschodnia prowadzi przez polanę BEZ DRZEW. Jakieś zwierze latające zwierze było by zbyt podejrzane, a wtedy byśmy na pewno się zorientowali, że Malkin ma pobratymców! Wstałam szybko z ziemi, narzuciłam na siebie szatę z Hogwartu i wybiegłam z namiotu. - Tom, Tom! - krzyczałam. Dobiegłam do ogniska i opowiedziałam mu to, o czym rozmyślałam. - To dość logiczne, ale może to tylko zwykły sen, Vicky? - powiedział mieszając uczucia. - Tak, zwykły sen, który śni mi się już piąty raz pod rząd! - powiedziałam ironicznie. - Tom, czy ty nie rozumiesz? Jutro wyruszamy na wschód, a nie na zachód - powiedziałam stanowczo. - A co jeśli Malkin specjalnie chce ciebie zwieść na wschód, wskazując zachód? - rzekł. - Przestań już mieszać, to niedorzeczne! - nie dopuszczałam do siebie takiej opcji. - Co tu się dzieje, nie mogę spać - z namiotu wyszła Alice. - Oh, Alice! Miałam sen i...i...i... - opowiedziałam Alice całą historię od początku, a potem Lunie, która dosiadła się 30 minut po Deane. - Tom, nie masz racji, idziemy na wschód - podjęła próbę przekonania chłopaka Luna. - No już dobra, dobra. Zostałem przegłosowany - powiedział widząc, że Alice jest tego samego zdania, co my. - Idźcie już spać. Można z wami zwariować - narzekał. Ja, Luna i Alice skierowałyśmy się do swoich namiotów i zasnęłyśmy.
***
Promienie słoneczne, które przebijały się przez cienką tkaninę namiotu raziły moją twarz. Otworzyłam lekko oczy. Przyzwyczaiłam się trochę bardziej do światła. Rozbudziłam się całkowicie. Luna siedziała obok czytając Żonglera. - Coś nowego? - zapytałam, kiedy popatrzyła na mnie zza stronic gazety. - Tak - odpowiedziała wesoło. - To znaczy? - zapytałam miło. - Powinniśmy się teraz nazwać 'zaginionymi' - odpowiedziała już nie tak pogodnie. - Sama zobacz - wręczyła mi gazetę. Na okładce było nasze zdjęcie - moje i Luny. Zaginęły, bądź zostały porwane. Dwie młode czarodziejki. Jedna to Luna Lovegod - szare oczy, długie za pas złociste włosy, średniego wzrostu. Druga to Victoria Sleepwalker - niebiesko-srebrne oczy, włosy za ramiona koloru słomianego, dość wysoka. Od 1. września 3 rok w Hogwarcie, tzn. 13 lat. Poszukiwane, nagroda 100 galeonów! Wsztstkie informacje przyjmą: Ksenofillius Lovegood, Harriet i Steven Sleepwalker. Skończyłam czytać z zdziwieniem oddałam Lunie gazetę. - Zawołam Roony'ego - oznajmiłam Lunie. Roony był moim feniksem. Nie miałam sowy, ponieważ jego ulubionym zajęciem było dostarczanie poczty. Miałam także kotkę, wielkości ludzkiej dłoni - Ginnę, ale ona została w domu kiedy zaczynałam drugi rok w Hogwarcie, bo musicie wiedzieć, że wyruszyliśmy dzień przed zakończeniem roku szkolnego. - Idę coś upolować, macie ochotę na zająca czy królika? - zapytała nagle Alice, która pojawiła się w namiocie (a raczej jej głowa). - Dzisiaj chyba zjem rybę - dodałam trzecią opcję. - Wszystko oprócz zająca i królika - odpowiedziała Luna (jej patronus to zając). - Wielkie wegetarianki, nie ma tu stojącej wody, mogą być ptaki? - zaśmiała się Alice. - W ostateczności tak - powiedziałyśmy jednocześnie z Luną. - Właśnie nastąpiła ostateczność! Idę po łuk - powiedziała zgryźliwie Alice. Ona ma dziwny charakter, przypomina mi trochę takiego jadowitego węża, a z drugiej strony kochane, łagodne jagnię. Usłyszałam świst w powietrzu. "Oh, musi tak blisko?" pomyślałam, rozpoznając dźwięk strzały. Wyszłam z namiotu. Przede mną rozciągał się długi krajobraz drzew. Ognisko się nie paliło, ale dalej iskrzyło. - Tom, jesteś śpiący? - zapytałam chłopaka, który siedział sztywno koło ogniska. - Nie, dzięki - odpowiedział. - Widziałem ją - dodał. - Kogo? - zdziwiłam się. - Mateczkę Malkin, stała tu i wskazywała zachód. Widziałem podstęp, złość, żądze zemsty w jej oczach - wyjawił mi. - Tom, to tylko sen miesza ci się z rzeczywistością - wyjaśniłam mu. - Nie ona tu stała naprawdę - mówił omamiony. - Idź spać, proszę - błagałam. - NIE! - krzyknął. - Tom, proszę idź spać! - miałam łzy w oczach. - Jesteś dla mnie nikim, nie będziesz mi mówiła co mam robić - wrzasnął na mnie z nienawiścią. Łza poleciała mi po policzku. Wyciągnęłam różdżkę zza ucha. - Petrificus Totalus! - zawołałam, celując w niego. Jego ciało automatycznie opadło na ziemie. Zasnął. Powstrzymałam się od łez. "Jak mógł mnie tak nazwać... Jak on miał czelność?" myślałam z żalem. Usiadłam pod drzewem i zaczęłam czytać Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć. Nagle z gałęzi stopę na moją prawą stronę zeskoczyła z gałęzi Alice, trzymając za ogon cztery martwe ptaki. Serce podeszło mi do gardła. - Na brodę Merlina, dziewczyno, musisz mnie tak straszyć?! - powiedziałam, gdy moje ciało zamarło w bezruchu. - Eh, to nie moja wina, że ten ptak był za szybki dla mojego starego łuku. Musiałam się wspiąć i go złapać gołymi rękami - zaśmiała się. Bo widzicie, czarownice z okolic Pendle nie są takie jak my, uniowie Hogwartu. Jakby to ująć, są bardziej dzikie, bardziej tradycyjne i średniowieczne. Nie czerpią magii z różdżek, ale z krwi, eliksirów, luster, ziół (oczywiście nie wszystkie!). Są w dodatku bardziej zwinne i o wiele szybsze niż my, z Hogwartu. Alice rozpaliła ognisko, ptaki nabiła na cztery patyki i wręczyła nam (ja trzymałam dwa, za Toma). W końcu nasz posiłek się usmażył i zjedliśmy je ze smakiem. Wiem jak to może brzmieć, ale chyba zjedlibyście to, zamiast nie jeść niczego. Nagle Tom się obudził. Wziął ode mnie ptaka i zjadł go ze smakiem. - Ona tu jest, jest w powietrzu - powiedział już całkiem przytomny i normalny.. tzn. jak na niego.
Super nowa notka :D Piszaj dalej ;***
OdpowiedzUsuńdziękuję. :) Już piszę. <3
Usuń