24 czerwca 2013

016. Czerpiąc korzyści z norm codzienności

- Żonglera? - zapytała Luna podając mi gazetę. - Chętnie - odpowiedziałam. - Niedługo będziemy na miejscu. Załóżcie szaty - powiedziała Hermiona odsuwając drzwi do naszego przedziału. - Dzięki, Miona, spotkamy się w Pokoju Wspólnym? - zapytała Ginny podnosząc głowę znad książki. - Pewnie - uśmiechnęła się Granger i poszła dalej. - Jak myślicie. Trelawney znowu będzie bredzić bzdury z pozostałości po herbacie? - zapytał z niesmakiem Ron. - Och. Nie przesadzaj - odpowiedziałam oburzona. - To nie jest nic bzdurnego. To, że ty nic nie widzisz, nie znaczy, że to jest fikcja! - krzyknęłam. - Już się tak nie denerwuj Vicky. Ja po prostu nie mam "oka wewnętrznego". Nie wierzę w to. To jest wymysł jej wyobraźni i tyle - odparł z pogardą. Spojrzałam na niego ze złością i przewróciłam stronę w "Żonglerze". - Chcecie coś słodkiego? - zapytał Harry wchodząc do przedziału z pięcioma torbami czekoladowych żab. - Eh, nie dzięki - odpowiedziałam niemal natychmiast. - Ale karty dla mnie - dodałam z uśmiechem na twarzy. Gryfoni chwycili torby od Pottera i zaczęli się częstować. O ile częstowaniem można nazwać spychanie cudzych czekoladowych żab do ust. - Nie mogę się już doczekać Opieki Nad Magicznymi Zwierzętami - powiedziała podekscytowana Luna. - Ja bardziej oczekuję Wróżbiarstwa. Z niecierpliwością oczekuję min Weasleya, kiedy profesor Trelawney przedstawi mu jego czarną przyszłość - zaśmiałam się. - Vicky, a jak tam z Fredem? - zapytała Ginny odgryzając żabie głowę. - Ekhm. Bardzo dobrze - uśmiechnęłam się nerwowo. - Pociąg się zatrzymał - zauważyła Luna wychylając głowę znad Żonglera. - Rzeczywiście - zawtórowała Ginny. - Szybko zarzuciłam na siebie szatę i wyszłam z pociągu. Powrót z przerwy świątecznej zapełnił cały peron. Ludzie cisnęli się niczym mandragory w pięciometrowej szklarni. - Spotkamy się w dormitorium? Chcę się przejść - uśmiechnęłam się do Lovegood. - Jasne - odpowiedziała zamyślona. Idąc pod prąd dotarłam na cetrum Hogsmead. Wioskę oświetlał blask księżyca. W pewnej chwili poczułam się jakbym szła przez brukowane ulice, które opisywał Edgar Allan Poe w jednym ze swoich dzieł. Jednak szyld Miodowego Królestwa nieco mnie pocieszył. Poruszany przez wiatr uderzał bezdźwięcznie w otaczającą go przestrzeń. - Lunatycy chodzą zabłąkani nie tylko we śnie - usłyszałam czyjś głos. - Zważywszy na to, że zaraz noc, a jestem na wyczerpaniu sił twoje słowa nie mijają się z prawdą - powiedziałam rozglądając się dyskretnie. - Nie bój się Lunatyczko, nic Ci nie zrobię - czułam, że się uśmiecha. - Nie mów tak do mnie. -Miła to ty nie jesteś. Sięgnęłam po różdżkę. Z pod szyldu Miodowego Królestwa, na który patrzyłam pusto przez ostatnie kilka minut, wyłoniła się postać. Był to mężczyzna. Średniego wieku. W ręce trzymał nóż. Zakrwawiony. Czułam, że moje oczy momentalnie się rozszerzyły, co oznaczało, że on już wie, że zauważyłam. Nie zastanawiając się nad tym co robie zaczęłam uciekać.Nagle nie wiem skąd, ale masz ci los pod moimi nogami pojawił się lis. W moim przypadku oczywistym było to, że wyląduje na ziemi. Tak też się stało. Zanim się podniosłam zauważyłam, że lis nie żyje, a raczej ktoś go zamordował. Spojrzałam w górę i zobaczyłam tabliczkę pożegnalną, a za nią ścieżkę prowadzącą do Hogwartu. Budynek był tak wielki, że nie trudno było go zauważyć. Wstałam, otrzepałam się z kurzu i ruszyłam ścieżką prowadzącą do Zamku. 

 ***
 - Wstawaj, spóźnimy się na śniadanie -powiedziałam. - Już wstałam - usłyszałam głos dobiegający z łazienki. Wytrzeszczyłam oczy. Odsunęłam kołdrę i zobaczyłam tylko poduszkę i prześcieradło. - Luna, jak ty to... - mówiąc to robiłam jakieś niezidentyfikowane ruchy. - Chodźmy - wyskoczyła z łazienki i wesoło zeszła po schodach. Przyglądałam się temu zdumiona i z niedowierzaniem próbowałam wszystko pojąć. Cóż, nie zostało mi nic innego jak podążyć za nią. - Cześć, Vicky - ktoś kto powiedział te słowa sprawił, że się zatrzymałam i straciłam Lunę z oczu. Odwróciłam się. - Hej, George - uśmiechnęłam się. - Jak tam w domu? - zapytał. - Wszystko w porządku, a u was? - przecież dobrze wiedziałam. - Jak zawsze - powiedział. - Widzialaś Julię? - zapytał. - Forgie? Jeżeli tak, to sądzę, że znajdziesz ją na Wielkiej Sali - popatrzyłam w tamtym kierunku. - A tak w ogóle, to dlaczego pytasz? - moje podejrzenia musiały być trafne. - Mam do niej pewną sprawę - miałam rację. - O, widzę Freda, pogadamy kiedy indziej - pobiegł do brata. Zobaczyłam Freda. Poczułam się jakoś dziwnie. Dostrzegłam, że Fred ukradkiem na mnie spojrzał. Odkąd nie jesteśmy razem trudno jest utrzymać pozory przyjaźni. Zresztą, nieważne. Ruszyłam w stronę Wielkiej Sali nie oglądając się za sobą. - Co tak długo? - zapytała Luna, kiedy koło niej usiadłam. - George coś chciał - powiedziałam bez wyrazu. Luna uśmiechnęła się i zaczęła nakładać sobie jedzenie. Poszłam w jej ślady. Nagle wszystkie świece zgasły i ponownie się zapaliły. - Uczniowie... - na przedziwnym podwyższeniu, które do złudzenia przypominało stanowisko dyrygenta pojawił się profesor Dumbledore. - Chciałbym was powitać po przerwie świątecznej. Mam nadzieję, że jesteśmy w komplecie i nikogo nie brakuje (ciekawe metody wychowawcze jak na dyrektora), mam nadzieję, że energii i chęci wam nie ubyło - wręcz przeciwnie! Teraz możecie się zająć jedzeniem - zakończył swoją jakże ważną i wiele wynosząca przemowę. Czułam się jak na rozpoczęciu kolejnego roku nauki w Hogwarcie, brakowało tylko Tiary. W rzeczywistości - jeszcze tylko kilka miesięcy do wakacji. *** - Wyciągnięcie książki i otwórzcie je na temacie poświęconym wróżeniu z kryształowej kuli - podjęła próbę Trelawney. Wróżbiarstwo, jeden z moich ulubionych przedmiotów w Hogwarcie. Jednak niektórym, spojrzałam znacząco na Rona, który był zajęty wszystkim, tylko nie tym co trzeba, nie podchodzi ta sztuka. Luna wprawdzie była oddana Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami, ale dało się zauważyć, że ona i profesor Trelawney nadają na tych samych falach. Nawet nie zauważyłam, kiedy lekcja dobiegła końca. - Przygotujcie mi na następny tydzień swój horoskop na najbliższy miesiąc - rzuciła, gdy wychodziliśmy z sali. - Na Merlina, jakby nie mogła się wyrażać precyzyjniej - usłyszałam Rona. - Gdybyś nie miał problemów, z rozumieniem najłatwiejszych słów nie miałbyś żadnych uwag - do rozmowy wcięła się Hermiona. Ależ ja uwielbałam Wróżbiarstwo z Gryfonami! - Dalej twoje oko wewnętrzne nie okazuje większych chęci niż twój mózg? - Ginny prezentuje najdokładniejszy przykład posiadania rodzeństwa. Ron nie zwrócił na nią uwagi i wraz z Harrym odszedł w inną stronę. Czasem zapominam, że istnieje coś takiego jak magia, widząc takie sytuacje. W sali pojawiła się Luna. - Idziemy na błonia? Jest taka piękna pogoda. Chmury przybierają takie ciekawe kształty - zaśmiała się. - Pewnie - uśmiechnęłam się. - Czego chciała od ciebie Trelawney? - zapytałam rozmarzonej Luny. - Pytała się, czy jej artykuł o wróżeniu i przepowiadaniu przyszłości mógłby się znaleźć w Żonglerze. - Co jej powiedziałaś?. - Że to nie ode mnie zależy, ale sądzę, że nie ma żadnych przeszkód - zakończyła promiennym uśmiechem. *** Błonia to najwspanialsze miejsce w Hogwarcie, pomijając lochy. Luna wróciła do Pokoju Wspólnego, ponieważ stwierdziła, że chmury są dziś zbyt kapryśne. Czasem trudno jest zrozumieć Pomylunę. Z daleka usłyszałam piosenkę Janis Joplin. Natychmiast się odwróciłam nasłuchując skąd dobiegają takie cudowne dźwięki. Jednak nie doczekałam się, bo gdy nagle z nieba spłynęły strugi deszczu Janis przestała śpiewać. Natomiast ja... sądzę, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak mokra nie będąc zanurzona w wodzie, choć można powiedzieć, że obecny stan nie różnił się niczym od hipotecznego. Dopiero teraz zauważyłam, że nie ma nikogo, nawet duchów, czy choćby zwierząt, dosłownie nikogo oprócz mnie na błoniach. Chciałam wrócić do zamku, ale wszystkie drzwi były pozamykane, Gladys ( nazwałam miotłę i nie czuję się chora psychiczne), jak również Luna i moja rożdżka zostały na górze. Pozostało mi spędzić noc u Hagrida. Na Merlina, przecież on pojechał leczyć jednorożce. Pewnie mu nie będzie przeszkadzało to, jak u niego spędzę tę noc. Chwyciłam drut wystający z ogrodzenia przy domku i przekręcając i wpychając go w różne strony udało mi się otworzyć drzwi. Weszłam do środka. Nikogo nie było. Zawsze zastanawiałam się gdzie Hagrid śpi. Cóż, dopóki się tego nie dowiem resztę takich przedziwnych nocy spędzę na dziwnym i zarazem strasznym dywanie z futra niedźwiedzia. Ciekawe metody nauczyciela od ONMS. Przynajmniej jest tu ciepło. Wypatrując przez małe okno dormitorium Krukonek zasnęłam. 

1 komentarz:

  1. Nareszcie się doczekałam . ♥ Rozdział świetny Vicky , ale mam nadzieję że kolejny dodasz wcześniej , no i że będziesz z Fredem ; *
    Kocham cię < 3

    OdpowiedzUsuń