22 lipca 2013

017. Piętno zwierzęcych oczu

Szłam przez wielki korytarz. Nikogo innego tu nie było. Przed sobą zobaczyłam tworzący się srebrzysty kształt daleko przede mną. Nie widziałam niczego oprócz niego. Przez chwilę dostrzegłam wilka. Bardzo się zdziwiłam, ponieważ ów postać to mój patronus. Przecież nie użyłam Zaklęcia Patronusa. Jednak, gdy zbliżyłam się do niego zauważyłam, że to lis. Zanim zdołałam się mu przyjrzeć uciekł. Skądś był mi znajomy. Skąd? Nie dowiedziałam się tego.

***

- No, no, no. Victoria Sleepwalker. Cóż za niespodzianka - obudziłam się. Zmrużyłam oczy. - Hagrid! Na Merlina! Co ty tu robisz?! - natychmiast podniosłam się z dywanu. Wbrew pozorom był niesamowicie wygodny. - Wydaje mi się, że mieszkam - odpowiedział zdziwiony. Jaka ja byłam głupia. - Tak, ale... To ty jesteś w Hogwarcie? Myślałam, że pojechałeś leczyć jednorożce...- mówiłam próbując wszystko sobie poukładać. - Dzisiaj wróciłem - odpowiedział. - Cóż, wybacz, ale śpieszę się na śniadanie - uśmiechnęłam się i wybiegłam z jego domku. Kiedy wreszcie dotarłam do zamku natknęłam się na grupę Ślizgonów, którzy przyglądali mi się ze śmiechem. - Czyżby Lunatyczka spędziła noc w norze wściekłych wydr? - zapytał jeden Ślizgon. Skąd oni mnie znali? - Jakbyś chciał wiedzieć, ja nie lunatykuję - powiedziałam stanowczo. Ślizgon zaśmiał się, a jego koledzy mu zawtórowali. Jak ja nie cierpię Slytherinu. Odeszłam piorunując ich wzrokiem. Ruszyłam do Wielkiej Sali. - Vicky! - ku mnie szła w podskokach Luna. - Gdzieś ty się podziewałaś całą noc. Martwiliśmy się. - zza jej postaci wyłonił się Ron z Harrym, a tuż za nimi biegła Ginny z Hermioną. Rzuciły się na mnie ściskając mocno, niemal nie mogłam oddychać. - Nie było mnie tylko jedną noc, przecież to prawie nic... - zmarszczyłam czoło. Przeszła koło nas jakaś grupka uczniów śmiejąc się pod nosami. O dziwo nie byli to podopieczni domu węża, a Gryfoni. Zdziwiłam się. - Myślisz, że to chodzi o... - zapytał Harry. - Możliwe - odpowiedział mu Ron. Mówiąc to ściszyli głosy. Popatrzyłam na nich znacząco, podczas gdy Luna z Hermioną i Ginny zajęte były rozmową o dziwnej kobiecie na obrazie. Była strasznie niesymetryczna. Widać było, że tylko ja dosłyszałam wymianę zdań Gryfonów. - O co wam chodzi? - uśmiechnęłam się ciepło. Ron i Harry zaczęli się dziwnie zachowywać. Próbowali wszystko zatuszować. Zaczęli zmieniać temat, krzątać się w swoich słowach i wykonywać znajome mi miny. - Cóż, nie macie mi nic do powiedzenia, to może coś zjemy? - ponownie się uśmiechnęłam. Nie czekając na odpowiedź zawołałam gestem Lunę, Mionę i Ginny, a zaraz po tym ruszyłam do Wielkiej Sali. Razem z PomyLuną ruszyłyśmy do stołu Krukonów, podczas gdy reszta naszych przyjaciół ruszyła na miejsca Gryfonów. Gdy tace przygotowane na jedzenie się napełniały, łącznie z kielichami zaczął się hałas towarzyszący każdemu posiłkowi. Sięgnęłam po tosta i posmarowałam go dżemem brzoskwiniowym. Zauważyłam, że kielichy wypełniał mój ulubiony dyniowy sok. Nie czekając dłużej zabrałam się do jedzenia. Byłam głodna jak wilk. Kiedy skończyłam spożywać moje słodkie grzanki zwrociłam się do Luny. - Jakie zajęcia mamy dzisiaj pierwsze?. - Wróżbiarstwo - powiedziała spoglądając w dno kielicha. Uśmiechnęłam się szeroko. Zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Uwielbiam ten przedmiot. Zaczęłam jeść trochę szybciej. Luna spojrzała na mnie kątem oka, a jej usta lekko wygięły się w uśmiechu. Wiedziała, o czym teraz myślałam: im szybciej się znajdę pod salą tym będę bardziej szczęśliwa. Nie skończyłam jeść. Wzięłam do ręki ostatki mojego śniadania, wypiłam łyk dyniowego soku opróżniając kielich do dna, a następnie wyszłam prawie niezauważalna z sali. Prawie. Kiedy opusciłam ławkę ruszyłam biegiem do Północnej Wieży. Nagle wpadłam na jakiegoś Gryfona stojącego w wejściu do Wielkiej Sali. Fred Weasley. Był ostatnią osobą jaką chciałam teraz zobaczyć. Zaksztusiłam się moją grzanką, a niepogryzione okruszki zatkały mi gardło. Zaczęłam kaszleć, próbując złapać oddech. Fred próbował różnych rzeczy, aby mi pomóc. - Dziękuję - powiedziałam oddychając głęboko z trudem. - Tak w ogóle, to cześć - uśmiechnęłam się przymusowo. - Gdzie tak pędzisz, Lunatyczko? - zaśmiał się. Popatrzyłam na niego marszcząc nos. - O co wam wszystkim chodzi? -krzyknęłam obracając się i patrząc na wszystkich dookoła z wyrzutem. Napewno nie chodziło im o moje nazwisko. Sądzę, że od poczatku zwracali by na to uwagę. Teraz jestem na 3. roku nauki i przedtem nikt tego nie zauważył. - Chodzisz we śnie, a wtedy robisz różne rzeczy - powiedział ze śmiechem Fred. Nie wiedziałam o czym on mówi. - Nieważne, śpieszę się - przecisnęłam się koło niego i ruszyłam pędem na Wróżbiarstwo. -Vicky, czekaj! Masz jutro może czas? - zawołał za mną Fred. - Nie - powiedziałam w taki sposób, aby ledwo usłyszał i wznowiłam bieg. Nim dotarłam do wieży wpadłam na kilku uczniów przepraszając w pośpiechu. Wreszcie udało mi się dostać pod drzwi sali od Wróżbiarstwa. Spojrzałam na zegar, który wisiał do góry nogami przy wejściu. Zajęcia zaczynały się za 5 minut. Jednak nikogo jeszcze nie było. - Wejdź - usłyszałam głos dobiegajacy ze środka. Należał do Sybilli Trelawney. Uchyliłam dębowe drzwi i zgodnie z poleceniem wstąpiłam do sali. Niemal natychmiast przytłoczył mnie mdły zapach kadzideł, który był moim zdaniem o wiele za słodki. To był wielki minus tego miejsca, choć wydawało się pozornie, że wad nie posiada. - Straszne rzeczy się wydażą! - krzyknęła profesor. Zauważyłam na jej rozczochranych włosach materiałową opaskę, na nosie charakterystyczne okrągłe okulary z wielkimi szkłami. Jej ciało zdobiły przeróżne materiały, z których wykonana była jej bluzka i spódnica. Całość była niezwykle kolorowa. Nie dostrzegłam czerni, ani bieli. Czasem uczniowie śmiali się z wyglądu Trelawney. Mnie imponował. Jej słowa mnie lekko przeraziły, podczas gdy dla innych mógłby być to powód do kolejnego wybuchu śmiechu. - Co ma pani na myśli? - podeszłam bliżej do postaci wybijającej wzrok w kryształową kulę. - Oh, Victoria, to ty - uśmiechnęła się. - Nie wiem o czym mówisz - zakryła kulę. Posłałam jej ciepły uśmiech i zajęłam miejsce w pierwszym rzędzie. - Widzisz, aby dobrze wróżyć trzeba mieć sprawne oko wewnętrzne - powiedziała. Słuchałam z zaciekawieniem. - Sny i marzenia jasnowidzów są bardziej realne - ciągnęła, czyszcząc jedną z kul przeznaczonych dla uczniów. - Zazwyczaj też mają większą skłonność do lunatykowania. Wiedziałaś o tym, Sleepwalker? - zatrzymała gwałtownie ścierkę na kryształowej kuli. Nałożyła znaczący nacisk na moje nazwisko. Wzdrygnęłam się. - Ostatniej nocy była pełnia, wtedy byty mistyczne działają silniej - powróciła do czyszczenia. Czyżby chciała zobaczyć tam swoje odbicie?, pomyślałam. - Lunatycy, zazwyczaj są najlepszymi jasnowidzami - mówiła sprawiając wrażenie jakby mnie tu nie było. - Lunatykujesz - powiedziała patrząc na mnie. Czułam jej spojrzenie na sobie. Jakby mnie sprawdzała. - Nie wiem, o czym pani mówi. Ja nie lunatykuję - uśmiechnęłam się niepewnie. - Zdziwiłbyś się do czego jesteś zdolna - odwróciła ode mnie wzrok. Do sali zaczęli wchodzić Krukoni, za nimi kolejno Puchoni. Profesor Trelawney wróciła na swoje miejsce. Koło mnie usiadła Luna, kołysząc się. U innych było by to dziwne, ale to przecież Luna. Reszta zajęć odbyła się normalnie. To znaczy, normalnie to złe słowo. Odbyła się jak zawsze. Pod koniec lekcji Hanna Abbot przypadkowo wywróciła filizankę z fusami. Profesor Trelawney wzdychnęła teatralnie po czym pogoniła Puchonkę, aby pozbierała pozostałości po herbacie. Abbot wywróciła oczami i zaczęła ścierać. Razem z Luną nie byłyśmy zaaferowane całym zdarzeniem, w prawdzie jak inni Krukoni. Natomiast Puchoni byli wniebowzięci. Zajęci śmiechami, przyglądaniem się biednej Hannie i wszystkim innym nie zauważyli, że dobiegł koniec lekcji. Krukoni ruszyli do wyjscia, a ja z Luną ruszyłyśmy w ich ślady, idąc na samym końcu. Szybko zapomniałyśmy o całym zdarzeniu. - Vicky, jestem śpiąca, chyba pójdę spać - ziewnęła moja towarzyszka. - Jasne, ja jeszcze posiedzę - usmiechnęłam się. Luna kiwnąła głową na znak, że zrozumiała i ruszyła po schodach do dormitorium. Chwyciłam książkę, którą wcześniej schowałam pod poduszką na kanapie w Pokoju Wspólnym, po czym zaczęłam czytać. Robiłam to póki oczy nie zaczęły mi się kleić. Nie trwało to długo, więc stwierdziłam, że dokończę lekturę jutro. Postanowiłam iść do dormitorium i pogrążyć się we śnie. Kiedy przechodziłam koło kominka buchnął z niego ogień. Popatrzyłam w tamtym kierunku. Iskierki układały się w jakiś kształt. Zdziwiłam się, a także lekko przestraszyłam. Ruszyłam schodami w górę. Lis. Widziałam lisa.

1 komentarz:

  1. Rozdział jest świetny Vicky !< 33333333333 nareszcie się doczekałam ! Kocham twojego bloga < 3333333

    OdpowiedzUsuń