28 października 2012

015. Coś więcej na temat niczego

Jest mniej więcej 6.00 rano. Nie wiem dlaczego, ale nie lubię wstawać o późnych godzinach, czyli w moim przypadku o 8.00 . Obróciłam się w drugą stronę. Luna jeszcze spała. Wstałam po cichu z łóżka i ruszyłam w kierunku łazienki. Szybko się ogarnęłam i ubrałam zwykłą biały sweterek, na który zarzuciłam jak zwykle chabrowy bezrękawnik z herbem Ravenclaw, na całość założyłam szkolną szatę, która była w czarnym kolorze z niebieskimi elementami, na nogi szybko zarzuciłam białe martensy. Rozczesałam włosy i założyłam opaskę. Poprawiłam swoją grzywkę, która prosto opadała na czoło, uśmiechnęłam się do siebie i poszłam do pokoju wspólnego. Z okna widać było szaro-złoty, jesienny krajobraz. No tak - za dwa dni październik. Ta myśl przypomniała mi o tym, że do moich urodzin zostało zaledwie (tu zaczęłam liczyć na palcach) dwa miesiące i 12 dni, od dzisiejszego dnia (28.09.2012). Usłyszałam tupot butów na schodach. Cho schodziła po schodach swoim 'wdzięcznym' (przynajmniej jej się wydawało, że tak jest) krokiem. W końcu (po 20, w moim przekonaniu, minutach) zeszła na dół. - Nie idziesz na śniadanie? - zapytała miło. - Akurat to Cię najbardziej interesuje? Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. Jak nie zauważyłaś Luny jeszcze nie ma. Bez niej nie idę - odpowiedziałam z przekąsem. - Już się tak nie denerwuj, okej? - powiedziała cicho i odeszła. Wraz z odgłosem zamykanych drzwi Luna zaczęła schodzić po schodach. Miała na sobie widmookulary bordowe coversy w kwiatki i granatowe rajstopy. - Bonjour, mademoiselle Victorie - powiedziała, śmiejąc się Luna. - Salut, Luna! Ça va? - odpowiedziałam żartobliwie. - Ça va bien,  merci. Et toi? - powiedziała. - Aussi, merci - zaśmiałam się i ruszyłyśmy do Wielkiej Sali. - Jak tam noc? Wyspałaś się? - zapytała po drodze Luna. - Nawet. Nie było aż tak źle, mogłabym powiedzieć: 'comme ci comme ça'. Ale mam już dość tego francuskiego. - Brakuje mi łacino-lubnej Alice - powiedziałam z żalem. - Mnie też - stwierdziła Luna. Właśnie doszłyśmy do 'stółówki'.  Weszłyśmy do środka i usiadłyśmy przy stole Krukonów. Bliźniacy siedzieli przy stole Gryffindoru kierując wzrok, każdy w inną stronę, tylko nie w naszą. George siedział bardzo blisko Forgie (Julii). Wyglądało to dziwnie. Tzn. nie dziwnie, tylko jednoznaczne, tak jakby oni... Oh no sami wiecie o co mi chodzi! Obok Julki siedziała Alex i Mars, które energicznie machały w naszą stronę. Odmachałam im. Spojrzałam teraz bardziej w prawo. Dostrzegłam Seamusa, Harry'ego, Rona i Neville'a pogrążonych w rozmowie. Po chwili oczekiwania chłopacy nas zauważyli i zaczęli machać rękoma. Na stołach znikąd pojawiło się jedzenie. Nałożyłam sobie grzankę i dwa plasterki bekonu. Lubiłam śniadania z brytyjskim akcentem. Moi rodzice urodzili się w Londynie, dlatego tak bardzo kochałam Anglię. Nalałam soku dyniowego do kielicha i zaczęłam jeść. Kiedy skończyłam musiałam poczekać chwilę na Lunę, która jadła dość powoli. Po śniadaniu udałyśmy się do Pokoju Wspólnego, aby poćwiczyć Transmutację. Marnie nam to szło, więc po kilku minutach zaprzestałyśmy tego, niebezpiecznego dla otoczenia zajęcia. Po przejściowej chwili 'nic nie robienia' zaczęłyśmy ćwiczyć zaklęcie patronusa. W sumie to chyba z nudów, bo Luna i ja potrafiłyśmy wyczarować już w pełni ukształtowanego pantronusa. Więc łatwo się domyślić, że po chwili pomieszczenie wypełnił srebrzysto-błękitny blask, a moja surykatka z zającem Luny chyba zaczęły urządzać wyścigi po Pokoju Wspólnym. Wsadziłam różdżkę za ucho.  Spojrzałam na plan zajęć za pół godziny miałyśmy Numerologię. Po upływie 15 minut ruszyłyśmy na zajęcia. 


***

Właśnie skończyłyśmy ostatnią już dzisiaj lekcję - Wróżbiarstwo. Po zajęciach udałyśmy się prosto do dormitorium. Zrobił się wielki tłok przy tablicy informacyjnej. - O co chodzi? - zapytałam odruchowo. - Za dwa tygodnie pierwszy mecz Quidditcha - powiedziała jakaś Krukonka. - Słucham? - wyrwało mi się. Podeszłam do tablicy. Rzeczywiście. Na samym środku przyczepiona była błękitnymi pinezkami w kształcie gwiazdek, biała kartka z informacją o meczu. - Ciekawe - zaczęła Luna. - Czy przypadkiem nie jesteś w drużynie? - zapytała ironicznie Luna. - Tak, wiem - odpowiedziałam. Zdziwiło mnie to, że  Roger Davies (obecny kapitan) mnie nie poinformował o tak ważnym wydarzeniu. Nagle niespodziewanie zszedł po schodach, aby zobaczyć co się dzieje. - Sleepwalker! - usłyszałam znajomy głos. - Hm? - zapytałam. - Czemu Cię nie było na treningu? - oskarżał Davies. Jakim znowu treningu? - Nie wiedziałam, że jest jakikolwiek trening, Roger - tłumaczyłam się. - Jak to? Cho miała ci przekazać - dziwił się. - Ekhm? Że niby Chang? - zapytałam. - Coś w tym dziwnego? Jest szukającą, nie wiedziałaś? - dopytywał. - Nie nic nieważne, nie rozumiesz. Następnym razem będę bardziej zorientowana w tej sprawie - zapewniłam. - Mam nadzieję, mecz jest za 2 miesiące 28 listopada. W między czasie będzie kilka treningów, radzę Ci, abyś z nami potrenowała - powiedział surowo. Chciałam odpowiedzieć 'Jasne, nie martw się, jeżeli ta szlama Chang mnie "poinformuje"', ale się powstrzymałam. Nie lubiłam kogoś przezywać, zwłaszcza czarodziejów. - Chodź, Mickey musimy się zbierać, niedługo bal - oznajmiła mi Luna. - Ale skąd ty.. - zaczęłam lecz mi przerwała. - Nie tylko ty dostałaś zaproszenie. Kamień z serca, żal mi się zrobiło Luny kiedy pomyślałam, że jej nikt nie zaprosił, ale zaprzeczenie Lovegood poprawiło mi humor. - Z kim idziesz? - zapytałam wesoło. - No wiesz, Neville zaproponował, żebym poszła z nim, więc się zgodziłam - powiedziała skromnie. Wytrzeszczyłam swoje niebiesko-srebrne oczy z niedowierzeniem. - Wspaniale! - powiedziałam bez namysłu. Luna zachichotała i poszłyśmy do dormitorium. Przyjęcie zaczynało się za godzinę. Kręciłam się po pokoju w poszukiwaniu swojej ulubionej, białej sukienki w koronkę. W końcu znalazłam i szybko włożyłam. Sięgała do kolan i była na szerokich ramiączkach. Bardzo ją lubiłam, bo kiedyś należała do mojej mamy, do tego białe martensty. Luna nałożyła swoją różowo-srebrną(metaliczne srebro) w wiele falbanek, czarne rajstopy i baletki do kompletu. Wyglądała bardzo dziwnie, ale moim zdaniem uroczo. Mimo, że nie była zaproszona była w o wiele lepszym nastroju niż ja. Nie miałam z kim iść, bo Fred musiał wkuwać na SUMy. Nie miałam nic innego, do wyboru jak iść sama. 


***
Z Luną szłam 15 minut, kiedy zobaczyła Nevilla i odeszła razem z nim, stokrotnie mnie (niepotrzebnie) przepraszając. Rozglądałam się po Wielkiej Sali udekorowanej wieloma falbanami, balonami i wieloma magicznymi, latającymi ozdobami. Pachniało tu trochę lawendą zmieszaną z wiśnią. Nie należały do moich ulubionych zapachów.
- Dyniowego soku? - nagle ktoś klepnął mnie w ramie. Ron. - Nie, dzięki, a gdzie reszta twojego rodzeństwa? - zapytałam wesoło. - Ginny razem z Mars, Alex gdzieś plotkują, George tańczy z Forgie, a jak ostatnio widziałem Freda to gadał z Katie Bell, wiesz, tą z drużyny - powiedział miło. - Czekaj. Co? Jest tu Fred? - zapytałam z niedowierzeniem. - No tak, był jednym z pierwszych osób, które tu przyszły, coś nie tak? - spytał zdezorientowany. 
- Nie ważne, zaraz wracam - powiedziałam i odeszłam nabuzowana. Okłamał mnie po raz pierwszy... Może to rewanż za to, że nie chciałam mu powiedzieć o Tomie i Alice?

6 komentarzy:

  1. Ekstra! Ale nie zrywaj z Fredem ;c
    Czekam
    //Twoja NAJUKOCHANSZA (xD) Alex//

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny rozdział Vicky < 3
    Czekam na kolejny : *
    Kocham cię < 3
    PS : Alex ma rację nie zrywaj z Fredem . :D

    OdpowiedzUsuń
  3. 'George tańczy z Forgie' . < 3 XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Vicky pisz , bo czekam cały czas < 333333333333

    OdpowiedzUsuń